Recenzja gry "Saboteur" (XBOX 360)

Autor: Artur "Nite" Janczak
Korekta: Patrycja Ziemińska
29 grudnia 2009

Ocena ogólna: 7/10

Od samego początku grę promowano w dość nietypowy sposób. Autorzy opowiadali o swoich inspiracjach, dzięki którym chcieli stworzyć tytuł inny niż wszystkie. Klimat miał odgrywać pierwsze skrzypce, a zaraz po nim wspaniała fabuła. Fascynacja światem Sin City jest tu widoczna gołym okiem - czarny, biały i czerwony kolor to charakterystyczne elementy Francji, gdzie toczy się akcja gry. II Wojna Światowa to okres okupacji, mordów ze strony Niemców i Rosjan, rzeźni na Żydach i innych okrutnych czynach z tamtych czasów. Developer nie zdecydował się, aby pokazać te aspekty w swoim dziele, jednak brak poszanowania dla ludzkiego życia i zachowanie ze strony nazistów jest odczuwalne w każdej minucie The Saboteur. Parszywe świnie, myślące jedynie o sobie to wszystkie postacie ubrane w mundury Trzeciej Rzeszy. Owa produkcja nie jest dobrym materiałem na naukę historii, jednak człowiek może w jakiś sposób zobaczyć, jak traktowani byli ludzie w tamtym okresie. Walka z nazistami w przypadku bohatera gry jest zupełnie uzasadniona - nie robi tego od tak sobie, dąży za dokonaniem zemsty na swoim zmarłym przyjacielu.

Wojny zaczynają się, kiedy chcesz, ale nie kończą się, kiedy prosisz” – Niccolo Machiavelli

Fabuła rozpoczyna się w pewnym paryskim klubie Belle du Niut, gdzie piękne panie obsługują klientów na różne sposoby. Nasz bohater, Sean Devlin, zapija swoje smutki, aby zapomnieć o koszmarnej przeszłości. Jego „męki” przerywa Luc, osoba pragnąca stworzyć ruch oporu we Francji, przeciwko działaniom nazistów. Nie musiał się długo męczyć, aby nasz kolega przeszedł na dobrą stronę mocy. Niestety, aby udowodnić swoje „intencje” wobec najeźdźców, Luc chce, aby Sean wykonał dwa proste zadania. Na początek zdobywamy kilka lasek dynamitu, przy czym rozprawiamy się z trzema żołnierzami Trzeciej Rzeszy. Potem dzięki materiałom wybuchowym sprytnie zakradamy się do stacji z paliwem, którą należy zniszczyć. Devlin bez żadnych problemów poradził sobie z zadaniami francuza i od razu przyłączył się do szeregów ruchu oporu. Normalnie Irlandczyk mógłby się nie zgodzić, jednak nie tak dawno, jeszcze przed wybuchem wojny nasz bohater brał udział w wyścigu. Jego maszyna była szybka, więc wydawało się, że zwycięstwo ma w kieszeni. Przez cały rajd dopingował mu przyjaciel Jules, którego uważał za brata. Niestety kierowca o imieniu Kurt Dierkier zniszczył wszystko - zapewne nie mógł się pogodzić z tym, że wcześniej złojono mu skórę w barze, jednak przez nieuczciwe zagranie wygrał zawody. Sean nie mógł pozwolić na to, aby Niemiec czuł się tak wspaniale - wraz ze swoim przyjacielem zrzucili jego samochód z urwiska i mieli z tego niezły ubaw. Nie mogli sobie wyobrazić, jaka będzie cena za ten głupi wybryk. Z chęcią wyjawiłbym wam więcej smaczków, ale lepiej jeśli sami się przekonacie, co stało się dalej. Łatwo można się domyślić, iż głównym złym jest Dierkier, tajemniczy kierowca ma wielką władzę, a wyścigi to jedynie jego hobby. Nasz bohater nie mógł tego wiedzieć, przez co słono za to zapłaci.

Saboteur Saboteur Saboteur

Ludzie na wojnie są niczym, jeden człowiek jest wszystkim” – Napoleon Bonaparte

Pandemic Studios stworzyło grę, które przenosi nas w zupełnie inne czasy niż GTA, Saints Row czy też Assassin’s Creed. Sandboxy stały się ostatnimi czasy bardzo popularne, jednak od czasów trzeciego Grand Theft Auto gracze chcą czegoś więcej, niż bezmyślnej strzelanki. Większość tego typu produkcji bardzo szybko się nudzi, co owocuje szybkim odłożeniem krążka do pudełka. Dobrze, że The Saboteur nie należy do tego klubu. Autorzy zaserwowali nam niezły mix, dzięki czemu Sean to prawdziwy Nigga skrzyżowany z Assassinem. Zacznę od tego, iż nasz bohater może wejść na każdy budynek niczym Ezio czy Altair. Może jego ruchy nie są tak „gustowne”, ale za to możemy przemierzać miasto po dachach budynków. Można by przyczepić się, iż poruszanie się na tych elementach budowli francuskich nie zostało dobrze przemyślane, gdyż szybkie przemieszczanie się jest całkowicie nie możliwe. Wszystko przez różnego rodzaju przeszkody, związane z architekturą dachów - nie wiem czy zaprojektowane je celowo, aby utrudnić graczom życie? Chyba nie, ale trochę denerwuje, gdy chcemy szybko zwiać przed patrolem, a potykamy się co chwilę o jakieś krawędzie. Gołym okiem widać, że nie wszyscy potrafią to tak dobrze zaplanować, jak ludzie z Ubisoftu. Z drugiej strony jestem zadowolony z Pandemic za to, iż Devlin umie się tak wspinać. Wracając do tematu, Irlandczyk to wybitny strzelec, którego kule się nie imają. Jeżeli ktoś gra na normalnym poziomie trudności od razu zrozumie, iż obecnie kieruje jakimś robocopem. Setki kul wystrzelonych w Seana nie oznacza jego śmierci - wystarczy schować się za jakimś murkiem, samochodem i od razu stan zdrowa wraca do pierwotnego stanu. Dlatego polecam wszystkim, aby zacząć zabawę od wyższego poziomu. Wtedy wszystko jest dobrze wyważone, a i sama walka z nazistami nie jest wcale taka łatwa. Ponadto nasz bohater może nosić jedynie 2 bronie, więcej dla niego to już za duży ciężar. Zwykle w ekwipunku przydaje się Snajperka, ale i bez niej można sobie dobrze radzić podczas gry. Dodatkowo pod płaszczem Irlandczyka znajdziemy granaty i ładunki wybuchowe zrobione z kilku lasek dynamitu. Zastanawiacie się po co mu tyle tego? Odpowiedź jest prosta - do masowej destrukcji nazistowskich punktów kontrolnych. W całym mieście aż roi się od wieżyczek, działek lotniczych, czołgów czy też słupów z głośnikami radiowymi. Wszystkie te rzeczy należy zniszczyć, a za dobrze wykonaną robotę dostajemy kontrabandę. Dzięki niej możemy kupić naboje, amunicję, broń, mapy i tym podobne przedmioty.

Saboteur Saboteur Saboteur

Za wojnę są odpowiedzialni nie tylko ci, którzy ją bezpośrednio wywołują, ale również ci, którzy nie czynią wszystkiego, co leży w ich mocy, aby jej przeszkodzić” – Jan Paweł II (Karol Wojtyła)

W Sanboxach jest jeszcze jedna ważna rzecz – są to misje. Jeżeli są one powtarzalne i bardzo schematyczne, to gracz bardzo szybko się nudzi. W The Saboteur nie ma mowy o znużeniu. Wszystkie zadania jakie wykonujemy są naprawdę ciekawe i dobrze przemyślane. Kilka z nich się powtarza, ale nie na tyle, by wprowadzić człowieka w stan rozpaczy. Na mnie duże wrażenie zrobiła misja, którą dostajemy od byłego kapłana. Okazuje się, że jeden z parafian spowiadał mu się ze swoich grzechów. Ów osobnik był kapusiem i regularnie donosił na uczciwych ludzi. Zadaniem Sean’a było przebrać się za nazistę, wspiąć się na kościół i gdy ksiądz dał znak, zestrzelić skurczybyka. Wtedy wniósł się alarm i trzeba było zwiać z miejsca zdarzenia. Podobne emocje były przy uwolnieniu jeńców, którzy byli naprawdę dobrze strzeżeni. Bez dobrej taktyki i logicznego myślenia, gracz może długo męczyć się z oponentami. Niestety gra posiada jedną bardzo poważną wadę - strasznie kiepską sztuczną inteligencje nazistów. Wysadzimy im posterunek, a oni i tak nas nie znajdą, można im zabijać kumpli koło nosa, a oni i tak nic nie słyszą. Skradanie się praktycznie nie opłaca, no chyba, że ktoś nie chce zaplamić munduru, który zaraz założy. Otóż, gdy zabijemy wroga i będziemy chcieli paradować w jego wdzianku, to musimy go załatwić po cichu. Ubrudzony stój bardzo rzuca się w oczy i żołnierze Trzeciej Rzeszy od razu się poznają na kimś takim. Oczywiście można delikwenta po prostu zbić na kwaśne jabłko, ale wtedy ktoś może was zobaczyć i alarm zostanie włączony. Element składankowy jest ciekawy, ale trochę nie potrzebny - niby człowiek musi ukradkiem się chować, ale czasami szybki przebiegnięcie po dachu okazuje się być skuteczniejsze.

Życie to coś więcej, niż nieustanna wojna Christopher Paolini

Element, który miał być wyznacznikiem The Saboteur został trochę zniszczony, ponieważ gdy wyzwolimy daną dzielnicę, to w tym obszarze nie zastaniemy szarych barw, tylko całą paletę rodem z Simsów - i wtedy cały czar pryska. Klimat tej produkcji tkwi w tej palecie kolorów, gdzie czarno-biały świat okupowany przez wojska nieprzyjaciela jest interesujący. Nie wiem, dlaczego autorzy zapragnęli „malować świat na niebiesko”, ale nie wyszło to temu tytułowi na dobre. Wracając do niszczenia budowli nazistów, dzięki naszym poczynaniom umiejętności naszego bohatera będą ulegać zmianie. Czas podłożenia bomby się skróci, walka wręcz będzie jeszcze prostsza, zabijanie z ukradła stanie się dziecinną igraszką, a wrogowie będą dzięki temu coraz słabsi. System wynagrodzeń spisuje się rewelacyjnie tylko wtedy, gdy gramy na wyższym poziomie trudności, inaczej cała zabawa nie ma sensu. Żyjemy w czasach, gdzie gry są strasznie łatwe, a przejście ich nie zajmuje więcej niż 5 godzin. Dzięki poziomowi HARD, wszystko obraca się o 360 stopni i mamy naprawdę masę czasu na ową produkcję.  

Ostatnie dzieło Pandemic Studio zapowiadało się naprawdę wspaniale. Masa wspaniałych pomysłów, ciekawie opowiedziana historia i nieprzeciętny bohater mogli powalczyć o wyższą ocenę, jednak tak się nie stało. Widocznie zabrakło czasu, aby wszystko doszlifować, Electronic Arts rozwiązało studio i kłopot z głowy. Szkoda, że The Saboteur musiał na tym ucierpieć.

Plusy:
+ osadzenie gry w realiach II Wojny Światowej
+ klimat rodem z Sin City
+ system wynagrodzeń

Minusy:
- sean to nie Ezio i ze wspinaczką ma problemy
- niski poziom sztucznej inteligencji
- brak ostatniego szlifu

Ocena ogólna: 7/10

Saboteur (X360)

Gatunki gry: TPP, akcja, skradanka
Wydawca polski: Electronic Arts Polska
Wydawca oryginalny: Electronic Arts
Data wydania polskiego: 11/2009
Data wydania oryginału: 11/2009
Język gry: angielski
Tryb gry: Single player
System operacyjny: nie dotyczy


blog comments powered by Disqus