Recenzja gry "Frontlines: Fuel of War"
Ocena ogólna: 8/10
Na rynku gier komputerowych, wśród produkcji z kategorii shooterów poprzeczka jakościowa stoi bardzo wysoko. Jest to przede wszystkim zasługa programistów, m.in. Infinity Ward i ich niedoścignionego jak dotąd Call of Duty 4. Produkcja nowo powstałego studia – Kaos Studios z Nowego Jorku, jak sami twierdzą, miała być połączeniem wyżej wymienionej gry jeżeli chodzi o single, z iście battlefieldowską zabawą w trybie multiplayer. Czy Frontlines: Fuel of War zdołało zaskoczyć czymś jeszcze, poza połączeniem obu najlepszych jak dotąd gier?
Oglądając w pierwszym momencie wstęp do gry Frontlines miałem wrażenie, jakbym oglądał Fakty na TVN. Wrażenie to spowodowane było tym, że gra opowiada o konflikcie Stanów Zjednoczonych, połączonych siłami z Unią Europejską przciw Rosji, która sprzymierzyła swoje siły wraz z Chinami. Powód? Resztki zasobów naturalnych, które – jak wiadomo – są potrzebne do produkcji. A zaczęło się w roku 2005, kiedy to właśnie zaczęto odnotowywać braki najcenniejszego z surowców – ropy naftowej. Kulminacja nastąpiła w 2024, doprowadzając do wybuchu globalnego konfliktu i stawiając naprzeciw siebie rządy Koalicji Zachodniej (wyżej wymieniona USA i UE) z Sojuszem Czerwonej Gwiazdy (Rosja połączona z Chinami). Kończy się to niczym innym jak trzecią wojną światową, a jedynym sposobem, aby przerwać ten mord jest zdobycie silnie obwarowanej Moskwy.
W trybie single nie będziemy mieli przyjemności uczestniczyć w konflikcie po stronie Czerwonej Gwiazdy, lecz tylko i wyłącznie grając siłami Zachodu. Gracz przejmuje panowanie nad dowódcą oddziału Bezpańskie Psy. Razem z nami podróżuje również reporter relacjonujący wydarzenia z pola walki. Właśnie to od niego dowiadujemy się o całej historii. Na szczęście nie będziemy musieli martwić się o pana dziennikarza, ponieważ pojawia się on tylko w przerywnikach filmowych, a nie podczas samej zabawy, co jest o tyle dobrym rozwiązaniem, gdyż nie musimy niańczyć gościa, martwiąc się o jego stan życia.
Po wejściu na pole bitwy naszym zadaniem jest przejmowanie różnych punktów strategicznych, które tworzą linię frontu między „niebieskimi”, a „czerwonymi”. Strefy zdobywamy na wiele sposobów, m.in. poprzez uzyskanie dostępu do komputera, obrony danego obiektu lub wysadzenie rakiet, czy anten komunikacyjnych. Całość tego wszystkiego dobrze przypomina rozgrywkę z wcześniej wspomnianego Call of Duty 4.
Mapy na szczęście są skonstruowane tak, by rozgrywka nie była nudna, ani liniowa. Najczęściej podczas każdej z misji mamy do zdobycia 3, może 4 punkty, ale nie musimy ich zdobywać po kolei. Jeżeli mamy taką ochotę, możemy zacząć, np. od prawej strony do lewej. Nic nas w tym przypadku nie ogranicza. Dzięki temu mamy możliwość zabawy tak, jak my chcemy, a nie jak wymyślili sobie to twórcy.
Z początku, wchodząc w tryb Kampanii w menu głównym może Cię rozczarować fakt, iż misji jest tylko siedem, plus prolog. Jest to, oczywiście mylące, gdyż każda z misji głównych jest niejako epizodem zawierającym po dwa akty, w którym każdy akt zawiera kilka zadań. Dostajemy dzięki temu o wiele więcej, niż jest to spowodowane tzw. pierwszym wrażeniem. Większość misji opiera się na schemacie „znajdź i zniszcz”, co nie każdemu może odpowiadać. Występująca w pewnym momencie misja snajperska, z początku dająca nadzieję na to, że będziemy mieć przyjemność przeżycia czegoś, co występowało już w CoD4 po pewnym czasie również przeradza się w bieganinę ze strzelbą w ręku. I o ile pierwsze 4 misje główne można przejść w dwie godziny, tak późniejsze wymagają troszeczkę większego poświęcenia czasu. Jednak z drugiej strony, jeżeli poświęcisz na Frontlines cały dzień z przerwą do toalety, czy małą przekąskę, mógłbyś grę przejść w około 10 godzin.
Twórcy Frontlines w swych zapowiedziach zawsze chwalili obecność pojazdów, a także ich ogromną ilość. Owszem, pojazdy są, ale nie jest ich tyle jakbyśmy mogli sobie tego życzyć. Dokładniej jest ich 7 dla każdej frakcji. I o ile w rozgrywce multi jest on nieoceniony, tak w singlu, niestety, zszedł na dalszy plan. Co prawda mamy możliwość jazdy dżipem, czołgiem, a nawet możemy zasiąść za sterami śmigłowca, jednak.. wrażenie, że mogło to być wykorzystane częściej (szczególnie śmigłowiec) pozostanie.
Poza samymi pojazdami jest jeszcze coś, co niejako urozmaica zarówno grę sieciową jak i singla. Tą innowacją są tzw. drony, czyli małe zdalnie sterowane maszyny ułatwiające życie nam, jak i naszym podopiecznym. Kiedy zaistnieje moment, w którym karabin maszynowy nie pomoże, zawsze możemy wypuścić malutki pojazd wyposażony w działko i wyeliminować nim najgorszych oponentów. Pojazd nie wybucha po trzech trafieniach, zatem nie musimy się obawiać o to, że go szybko stracimy. Jedynym problemem może być zasięg między nami, a oddalającym się pojazdem. Kiedy zasięg spadnie do zera, tracimy możliwość prowadzenia pojazdu, przez co staje się on łatwym celem. Najgorsze jest również to, że sterując dronem tracimy kontrolę nad naszym żołnierzem, co jest logiczne, jednak może zakończyć się tym, że przypadkowy niedobitek Czerwonej Gwiazdy może nas również łatwo pozbawić życia.
Pomimo wielu wychwalanych tutaj przeze mnie zalet gry, są również wady, które niestety występują, a nie chcielibyśmy ich oglądać. Nie są to co prawda typowe błędy w grafice, lecz jedynie drobne wpadki techniczne, jak przenikające ciała przez obiekty. Do teraz pamiętam moment, gdy nie mogłem strzelić w przeciwnika, gdyż ten zapadł się w schody i jedynie co wystawało, to jego karabin, którym on mógł we mnie swobodnie strzelać, a ja w niego za chorobę trafić nie mogłem. Poza tym dziwnym trochę jest fakt, że jadąc czołgiem na tyle szybko na ile to czołg potrafi… nie mogłem przejechać przez latarnie czy nawet głupi hydrant. Szkoda, że nie dano nam możliwości niszczenia wszystkiego co mogłoby w naturalny sposób ulec zniszczeniu, zwłaszcza, że czołg to nie rower. I na koniec wyliczania błędów technicznych pozostał jeszcze jeden, najzabawniejszy, który napotkać można w prawie każdej grze – dziwnie układające się ciała przeciwników, lub – jak to miało miejsce w Bioshocku – ich pośmiertne „drgawki”.
Gra bazuje na trzeciej generacji silnika Unreal. Jak wiadomo, silnik ów wykorzystywany był właśnie w wyżej wspomnianym Bioshocku, czy Gears of War. O ile w tamtych grach można było dostrzec, że ta technologia jednak przyniosła swój pożądany efekt, tak we Frontlines, szczerze mówiąc, ciężko ujrzeć ten graficzny przepych. Z drugiej strony jednak cieszą dobrze zaprojektowane mapy, albo stojące na wysokim poziomie modele żołnierzy lub pojazdów, a także świetne, efektowne eksplozje. Jednak grając w tę produkcję miałem wrażenie, że można było jeszcze coś „dopieścić”, by ostateczny efekt przyniósł ten sam rezultat, jak właśnie we wspominanym wcześniej Bioshocku.
Grafika we Frontlines nie zachwyca z jednej strony, z drugiej zaś uzupełnieniem tego jest świetny dźwięk i muzyka. Odgłosy z pola walki, wybuchy, a na koniec dobrze skomponowana aranżacja sprawiają, że nie dla samej grafiki czy efektów warto w tą produkcję zagrać.
Na koniec pozostaje mi powiedzieć parę słów o trybie gry w sieci. Od razu zaznaczę, że dopiero w trybie multi mamy przyjemność objęcia kontroli nad oddziałem Czerwonej Gwiazdy. Jednak z drugiej strony druga frakcja nie różni się znacząco od pierwszej. Dla każdej z nich jest przygotowanych osiem rodzajów broni, a także pojazdów, których również jest siedem typów, jak to jest w przypadku Koalicji Zachodniej. Szkoda jedynie, że podczas zabawy w mutli nie mamy możliwości podniesienia broni przeciwnika, podczas gdy pojazdy są dostępne dla wszystkich. W zabawie multiplayerowej występuje sześć klas postaci: assault, heavy assault, anti-vehicle, sniper, special ops oraz close combat. Dzięki temu możemy obrać inną strategię, jednocześnie wymuszając na graczach współpracę i działanie zespołowe, co niestety bywa trudne, ponieważ najczęściej na serwerach każdy poluje na każdego, przez co panuje totalny nieład.
Frontlines: Fuel of War jest idealną propozycją głownie dla osób, które lubią grać w produkcje sieciowe. Solidny single pozwala co prawda nacieszyć się grą, lecz jest to zabawa niestety krótka, przez co gra po dwóch dniach zostanie odłożona na półkę, zwłaszcza, gdy osoba grająca nie zawsze ma czas, by bawić się z innymi graczami z całego globu. Programiści postawili sobie za cel stworzenia gry podobnej właśnie do wspomnianego na wstępie CoD’a i Battlefielda, doprawiając całość produkcji własnymi pomysłami. Dzięki temu wyszedł z tego dobry shooter, który potencjał ma spory i jeżeli nie odstraszą Cię błędy techniczne, ani nie stawiasz na dobrą grafikę i masz bardzo pojemny dysk (wymaga aż 15 GB wolnego miejsca) – przekonaj się, że ta gra mimo wszystko jest dobra.
+ muzyka
+ możliwość dowolnego wyboru zadania
+ drony i pojazdy
+ świetny multi
+ możliwość dowolnego wyboru zadania
+ drony i pojazdy
+ świetny multi
Minusy:
- nie dla tych, którzy nie chcą poświęcać 15 GB miejsca
- błędy techniczne
- pare szlifów i mogło być lepiej
- błędy techniczne
- pare szlifów i mogło być lepiej
Ocena ogólna: 8/10
Frontlines: Fuel of War
Gatunki gry: FPP, akcjaWydawca polski: CD Projekt
Wydawca oryginalny: THQ
Data wydania polskiego: 17 kwiecień 2008
Data wydania oryginału: 2007
Oryginalna strona gry: http://www.frontlinesgame.com/
Język gry: polski - napisy
Tryby gry: Multi player, Single player
Dostępna platforma: PC
System operacyjny: Windows XP
Sklep
Forum







