Recenzja gry "Enslaved: Odyssey to the West" (PS3)

Autor: Radosiewka
Korekta: Samuel Suder
21 października 2010

Ocena ogólna: 7.5/10

Brytyjskie studio Ninja Theory ma w swoim dorobku zaledwie dwie produkcje Kung Fu Chaos oraz Heavenly Sword. Nie były one hitami utrzymującymi się tygodniami na listach sprzedaży, ale zyskały oddane grono fanów. Czy tym razem dzięki multiplatformowemu Enslaved: Odyssey to the West uda im się zdobyć większy rozgłos i poważanie w branży? Liczne materiały filmowe oraz informacje ukazujące się przed premierą tytułu pokazywały produkt dopracowany, ze świetną fabułą oraz klimatem. Niestety to,co otrzymujemy, nie do końca odpowiada szumnym zapowiedziom.

 

Wcielamy się w postać osiłka Monkey’a, który tkwi w niezbyt wesołej sytuacji. Znajduje się na latającym statku więziennym i jest przewożony do tajemniczej Piramidy. Ludzie zniewoleni przez maszyny są niedobitkami ocalałymi po wielkiej katastrofie. Chowają się w ruinach miast i żyją w małych plemionach. Niestety wątek ten został potraktowany dość enigmatycznie i nie wiemy tak naprawdę, co zniszczyło naszą planetę. Rudowłosa Trip podczas ucieczki przez przypadek uwalnia naszego protagonistę, który rusza jej śladem. Statek, na którym się znajdują, jest poważnie uszkodzony i lada chwila ulegnie zniszczeniu. Rozpoczyna się wyścig z czasem. W ostatniej sekundzie wdrapujemy się na japsułę ratunkową i krzyczymy do tajemniczej kobiety, o wpuszczenie do środka. Chwilę później zostajemy wystrzeleni w powietrze i budzimy się dopiero na ziemi. Towarzyszy nam potężny ból głowy, który okazuje się być jednym z efektów ubocznych opaski niewolniczej. Obrotna dziewczyna nałożyła ją nam i wymaga od nas posłuszeństwa i pomocy w dotarciu do rodzinnej wioski. W zamian za to zwróci nam wolność. Rozpoczyna się pełna przygód wędrówka na zachód. Dwójka towarzyszy z początku darzy się dużą dozą nieufności, ale z biegiem czasu, gdy lepiej się poznają i kilka razy uratują sobie życie, ich relacje ulegną zmianie. Alex Garland, scenarzysta pracujący między innymi nad filmem 28 Dni Później, otrzymał szerokie pole do popisu. Niestety, nie wykorzystał do końca możliwości, jakie dawał pomysł. Z początkowego zachwytu nad dialogami, mimiką postaci i voice-actingiem, przechodzimy do lekkiego rozczarowania. Wraz z kolejnymi poziomami nie otrzymujemy nagłych zwrotów akcji (poza jednym, dość oczywistym dla osoby często oglądającej filmy sensacyjne) czy też zaskakujących zmian w sposobie prowadzenia gry. Pojawia się natomiast zbyt nadużywany ostatnimi czasy motyw wędrówki i zemsty.

 

 

Mechanika rozgrywki jest dość prosta. Monkey ma do dyspozycji kij, którym może wykonywać słabe oraz mocne ciosy. Wraz z rozwojem postaci otrzymujemy nowe kombinacje i usprawnienia. Punkty, dzięki którym zdobywamy umiejętności i ułatwiamy sobie życie, uzyskujemy z czerwonych kulek porozmieszczanych w zakamarkach poziomów. Możemy wydać je na nowe ciosy, większą ilość życia czy też lepszą tarczę, chroniącą przed wiązkami laserowymi wrogów. Przez większość czasu mamy dostęp do pomocy Trip. Może ona nas uleczyć odwrócić uwagę przeciwników, co pozwoli nam dostać się w ich pobliże i wykonać śmiertelny finiszertprzełączać dźwignie przy zagadkach logicznych. Enslaved to nie tylko walka, ale wcześniej wspomniane zagadki są dość proste i poradzi sobie z nimi każdy gracz. Nie ma ich zbyt dużo, ale stanowią miła odskocznię od starć z robotami.

 

Na wielu filmikach prezentujących produkcję, mogliśmy zobaczyć tzw. Cloud, czyli chmurkę na której możemy unosić się lekko nad terenem i „surfować” po nierównościach terenu i nad zbiornikami. Jest ona jednoosobowa, więc Trip pozostaje bierną obserwatorką naszych akrobacji, a my możemy dostać się do niedostępnych z pozoru miejsc. System jazdy na tym urządzeniu jest dobrze skonstruowany moemy podskakiwać i dokonywać szybkich zwrotów. Niestety, czasami podczas wskakiwania na chmurkę, zdarzało mi się ginąćz powodu min, gdyż postać w złym miejscu się przesunęła i chciała startować. Akrobacje w Enslaved bardzo przypominają to, co mogliśmy zobaczyć w Prince of Persia (tym z Eliką). Praktycznie nie można spaść w przepaść, krawędzie, na tóre możemy wspiąć się albo wskoczyć, są odświetlane. W żadnej chwili nie jesteśmy zdezorientowani i doskonale wiemy, gdzie się udać. Z pewnością ucieszy to graczy mało obeznanych z tego typu produkcjami, ale osoby bardziej doświadczone mogą być niezadowolone z tego ułatwienia. Poziom trudności produkcji nie jest zbyt wysoki. Przy wyborze nowej gry mamy możliwość wyboru łatwej, średnio wymaającej i trudnej rozgrywki, niemniej pomiędzy poziomami nie ma zbyt dużych różnic. Minusem Enslaved jest natomiast złe zbalansowanie konkretnych walk, zdarza się więc, że po kilkudziesięciu minutach bezstresowego rozwalania robotów, nagle natrafimy na kilka fal trudniejszych oponentów i będziemy musieli się nieźle napocić, by ch pokonać lub znaleźć sposób, jakukać ich AI. Bossowie nie sprawiają zbyt dużychopotów, wystarczy znaleźć ich słaby punkt i dokonać aktu destrukcji. Nawet boss końcowy nie sprawiał dużo kłopotów i padł już przy pierwszym podejściu.

 

 

Pomysł na uczynienie jedyny przeciwnikami robotów nie jest zły, ale brak urozmaicenia i zaledwie kilka ich rodzajów wzbudzają zawód. Należy jednak pochwalić twórców za świetne starcia z tzw. „psami” – szybkimi i niebezpiecznymi maszynami. Walka potrafi być czasami dość chaotyczna, próbujemy robić uniki, blokować ciosy, ale ostatecznie najlepiej sprawdza się atakowanie w odpowiednich momentach i szybkie odskakiwanie z zasięgu rażenia oponentów. Niestety, po kilku godzinach ten sam schemat starć nie oferuje nic nowego i czekamy właściwie tylko na dalszy rozwój fabuły i poznanie losów postaci.

 

Oprawa graficzna stoi na wysokim poziomie, z oddali przypominając to, co mogliśmy zobaczyć w Uncharted 2. Niestety, w rzeczywistości nie jest tak pięknie. Fakt, twarze bohaterów, ich mimika, ruchy gałek ocznych czy nawet ust zostały wykonane perfekcyjnie, ale jeden bardzo poważny minus dyskredytuje powyższe zalety. Gra potrafi doznać znaczącego spadku FPS-ów i zacięć przy bardziej efektownych starciach. Zdarza się to bardzo często, zwłaszcza w dalszej części produkcji. Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, tym bardziej, że mowa tu o wersji konsolowej. Po pewnym czasie, przyzwyczajamy się do takich sytuacji, ale nie tego oczekujemy po najnowszych, wysokobudżetowych tytułach.

 

Wcześniej wspomniałam już o doskonałym dobraniu i podłożeniu głosów postaci. Studio ponownie nakłoniło do współpracy Andy’ego Serkisa, który posiada spore doświadczenie w nagrywaniu głosów i sesjach motion capture. Oprócz pojawienia się w Heavenly Sword jako król Bohan, miłośnicy Władcy Pierścieni z pewnością znają go jako Golluma. Sposób, w jaki moduluje głos i oddaje emocje wpisuje go do ścisłej czołówki w branży. Miejmy nadzieję, że Ninja Theory nie przestanie korzystać z jego usług w przyszłości. Muzyka podczas rozgrywki stanowi miłe tło, ale należy do tych, które od razu po wyłączeniu konsoli, wylatują nam z pamięci.

 

 

Niestety, jak wiele innych produkcji tego gatunku, Enslaved: Odyssey to the West cierpi na krótką żywotność. Brak trybu multiplayer oraz kooperacji, nie zachęcają do ponownego odpalenia gry. W dzisiejszych czasach jest to już standard, a twórcy mogli wydzielić niektóre poziomy i umożliwić nam granie w dwie osoby przynajmniej . Niestety, tak się nie stało. Fabuła przyciąga do ekranu, ale tylko za pierwszym razem, gdyż przy kolejnym podejściu, doskonale wiemy co się wydarzy. Jedynie wielcy miłośnicy tej produkcji i osoby chcące zdobyć kolejne osiągnięcia/trofea ponownie uruchomią ten tytuł.

 

 

Powstaje więc pytanie, czy tytuł ten jest wart naszego zainteresowania i pieniędzy. To udana produkcja, ale brakuje jej dopracowania. Każdy z jej elementów mógł być lepszy, niestety twórcom zabrakło czasu, pomysłów bądź też umiejętności. Tak znaczące spadki animacji są rzeczą karygodną i niektórych mogą wręcz odrzucić od tytułu. Gra nie ukazała się na PC, gdzie takie coś byłoby prawdopodobne z powodu kiepskiej optymalizacji sprzętowej, ale konsola to zamknięta struktura. Ninja Theory nie podołało temu zadaniu i odniosło w moim odczuciu nieznaczną porażkę. Scenariusz i świetna technologia odpowiadająca za mimikę nie zostały wystarczająco wykorzystane. Po obejrzeniu napisów końcowych pozostaje uczucie niedosytu. Być może dość prawdopodobny sequel rozwinie założenia i zdobędzie większe uznanie. Enslaved nie jest hitem i najlepszym tytułem tego roku, ale gdy już troszeczkę stanieje, a my zagramy w pozostałe wyczekiwane przez nas tytuły, warto po niego sięgnąć.  

Plusy:
+ voice-acting oraz mimika postaci
+ klimat zniszczonego świata (Nowy Jork i jego okolice), pomysł na fabułę
+ jazda na chmurze (Cloud)

Minusy:
- spadki animacji
- niska żywotność; gra na jeden raz
- niewykorzystany potencjał scenariusza, niewystarczające rozwinięcie relacji pomiędzy bohaterami
- kiepsko zbalansowany poziom trudności – przez większą część czasu jest dość łatwo, ale w kilku momentach, przy „falach” przeciwników, prawie niszczymy pada w amoku wciskania przycisków

Ocena ogólna: 7.5/10

Enslaved: Odyssey to the West (PS3)

Gatunki gry: akcja, przygodowa
Wydawca polski: Cenega Poland
Wydawca oryginalny: Namco Bandai
Data wydania polskiego: 10/2010
Data wydania oryginału: 10/2010
Oryginalna strona gry: http://www.enslaved-thegame.com
Język gry: angielski
Tryb gry: Single player
Dostępna platforma: PS3
System operacyjny: nie dotyczy


blog comments powered by Disqus