Recenzja gry "Drakensang: The River of Time"

Autor: Girwan
Korekta: X-Ray
3 września 2010

Ocena ogólna: 8.5/10

Po dużym sukcesie Drakensang: The Dark Eye developerzy ze studia Radon Labs szybko postanowili kontynuować dobrą passę i stworzyć kolejną część gry opartej na papierowym systemie RPG – The Dark Eye. Prace ruszyły już w roku 2009, jednak dopiero teraz, pod koniec 2010, świat otrzymał możliwość zabawy z tą produkcją. Pierwsza część sięgnęła do korzeni gatunku cRPG i pomimo tego, że nie dorównywała rozmachem takim klasykom jak Neverwinter Nights czy Baldur’s Gate, to jednak przez wielu była stawiana na tej samej półce. Czy druga część, która de facto jest prequelem do wydarzeń, które miały miejsce w produkcji z roku 2008 jest lepsza? Czy ma szanse prześcignąć wspomniane tytuły stanowiące klasykę gier RPG? Rzućmy na to okiem.

Był z nami młody, nieznany dotychczas poszukiwacz przygód – bez niego chyba by nam się nie udało. Jakimś przedziwnym zbiegiem okoliczności ta osoba została uwikłana w nasze problemy jesienią roku 1009 po Upadku Bosparanu. Jak to często bywa, połączyła nas przygoda. A może to było coś innego? Ho, Ho! Wyobraź to sobie, Gladys! Powiem ci, kto to był …

(Forgrimm do Gladys)

Narodziny bohatera

Każda gra to mniejsze lub większe odzwierciedlenie naszych marzeń o herosie, który reprezentując nas w wirtualnym świecie, walczy ze złem. W grach RPG wcielamy się w różnego rodzaju postacie, często z różnych ras, które przemierzając świat podejmują się realizacji zadań, mających ostatecznie doprowadzić do ich chwały i bogactwa. Nie inaczej jest w Drakensang: The River of Time. Na starcie otrzymujemy ponad 22 profesje, które zostały szczegółowo opisane na kartach wyboru postaci. Każda z nich określona została przynależnością do rasy, kulturą i oczywiście parametrami bazowymi. Do wyboru mamy kilka ras: ludzi, elfów i krasnoludów, przy czym każda z nich została podzielona na mniejsze społeczności takie jak: Śródziemianie, Tulamidianie, Thorwalianie czy np. Klan Kowadła w przypadku krasnoludów. Każda profesja przypisana została do określonej rasy i kultury. Generowani herosi parający się określonym zawodem mogą poszczycić się specjalnymi umiejętnościami i określonymi zaletami, które predysponują ich do tego fachu. W grze przekłada się to na dodatkowe premie do określonych atrybutów. Każda postać, tak jak w Drakensang: The Drak Eye, opisana została ośmioma głównymi cechami: odwagą, sprytem, intuicją, charyzmą, zwinnością, zręcznością, budową i siłą. Na ich podstawie wyliczane zostają poziomy poszczególnych umiejętności i zdolności postaci. Jak w każdej grze RPG na starcie mamy możliwość wpływu na wysokość poszczególnych atrybutów. Dzięki temu możemy zaprojektować sobie postać w taki sposób, jaki nam odpowiada. Dodatkowo, istnieje opcja wyboru ułomności, które z jednej strony upośledzą naszego bohatera, jednak z drugiej – dadzą mu dodatkowe punkty na rozwój pożądanej cechy.

Jeśli chodzi o wygląd naszej postaci, to tu niestety nie zaszalejemy. Developerzy przygotowali nam możliwość zmiany wyglądu, jednak nie może się on równać z kreatorami z Baldur’s Gate czy Neverwinter Nights. W The River of Time możemy zmienić włosy – jest dostępnych kilka fryzur, jednak bez możliwości modyfikacji ich koloru. Kolejną rzeczą, na którą mamy wpływ w naszym wyglądzie, jest twarz – kilka opcji zmiany fizjonomii na pewno nie powali na nogi. Ostatnią rzeczą, o której twórcy pozwolili nam zadecydować, jest budowa ciała. Tu do wyboru są trzy warianty: dobrze zbudowany, średnio zbudowany i osobnik o posturze słabeusza. Osoby, które szukają możliwości dostępnych w takich produkcjach jak Dragon Age, będą rozczarowane.

Pozostałe elementy, takie jak ekran postaci, ekwipunku, rzemiosła i umiejętności praktycznie nie uległ zmianom w porównaniu do wcześniejszej odsłony. Został on tylko odświeżony. Dzięki temu osoby pragnące czerpać przyjemność z gry szybko mogą przejść do zabawy.

Aventuria to duży kontynent, mierzący sobie 3000 mil z północy na południe i 2000 mil ze wschodu na zachód w swym najszerszym punkcie. Rozpoczyna się na dalekiej północy lodowymi pustkowiami i mroźnymi górami, zamieszkałymi przez lodowe elfy, yeti, gobliny i orki o śnieżnobiałej sierści. Nieco dalej na południe można wyraźnie dostrzec zmianę klimatu i ukształtowania terenu. Rozpoczynają się tu ogromne stepy, zamieszkałe przez nomadów Nivese, migrujących zgodnie z porami roku. Nieco dalej na południe, plemiona poruszających się konno elfów stepowych wyznaczają początek Elfland – krainy łagodnych wzgórz i niezmierzonych lasów. Choć są to tereny zamieszkane przez głównie przez elfy leśne i dumne, srebrnowłose elfy Silvan, można tu napotkać także i ludzi – a w związku z tym, także i pół-elfy.

(strona www Drakensang)

Aventurio! Nadchodzę!
Zgodnie z konwencją systemu The Dark Eye fabuła osadzona została w krainie Aventuria, którą znamy z poprzedniej części gry. Tym razem jednak, jak już pisaliśmy w zapowiedzi, akcja przeniesiona została z okolic Ferodok w rejon miasta Nadoret i rzeki, nad którą leży. Podróżując rzeką na pokładzie statku, odwiedzamy rozsiane nad nią miejsca w postaci wioski elfów, komory mytniczej w Thurstein, Opuszczonej Wyspy i temu podobnych. W wyprawie towarzyszą nam poznani w początkowym etapie gry podróżnicy, wśród których fani Drakensang: The Dark Eye rozpoznają Forgrimma, Cano i Ardo, czyli postacie, które występowały bezpośrednio lub pośrednio w pierwszej części gry. Warto zauważyć, że krasnolud jest jednocześnie narratorem opowieści. Siedząc w zaciszu domu opowiada młodej Gladys (tak, to ta z pierwszej części gry) historię sprzed 23 lat, wprowadzając nas w kolejne części wędrówki naszego bohatera.

Sama fabuła jest bardzo ciekawie prowadzona dzięki logicznie następującym po sobie wydarzeniom. Już na wstępie developerzy zmuszają nas do dokonywania wyborów, które będą miały wpływ na dalszy rozwój wypadków. Niestety, ścieżka, jaką możemy podążać, jest tylko jedna. Autorzy gry nie dali nam możliwości wyjścia poza narzucone granice, prowadząc fabułę sztywno do wyznaczonego przez siebie celu. Tym samym zakończenie zabawy może być tylko jedno. Szkoda, bowiem takie produkcje jak Dragon Age: Początek przyzwyczaiły nas do czegoś innego.

Na szczęście twórcy gry zróżnicowali początek, dzięki czemu – wybierając różne profesje na starcie – możemy w różny sposób rozpocząć rozwój naszego bohatera. Wojownik uda się z listem polecającym do kapitana Nirulfa ze straży miejskiej w Nadoret, szarlatan pójdzie do medykusa Moddlemasha, uzdrowiciel do mistrza Brookbearda, a geomanta do elfa Laurelina mieszkającego nieopodal miasta. Tu niestety następuje mały zgrzyt. O ile w Awenturii elfy i krasnoludy nie toczą ze sobą wojny, to nie pałają też do siebie miłością. Trudno więc patrzeć, jak krasnolud przychodzi po nauki do elfa. No, ale widocznie tak ma być. Każda z profesji musi też wykazać się realizacją innego zadania u swojego mistrza. U dowódcy strażników miejskich wyruszymy na patrol, podczas gdy u elfa będziemy musieli zdobyć zaufanie jego ducha opiekuńczego. W tej części gry trudno zarzucić cokolwiek developerom (nie licząc oczywiście kwestii: mistrz elf – uczeń krasnolud)

Autorzy scenariusza postanowili postawić przed nami sporo wyzwań nie tylko związanych z walką, ale i z pracą naszych szarych komórek. W tym celu zaimplementowali w grze różne zagadki i łamigłówki, które zmuszają gracza do chwili zastanowienia. Ciekawie wplecione w fabułę, doskonale uatrakcyjniają zabawę, która nie polega już tylko na tym, by przeć do przodu, mordując co popadnie, ale od czasu do czasu przystanąć i zastanowić się nad następnym ruchem. Kolejnym elementem zmuszającym nas do chwili zastanowienia są wybory, które musimy podejmować już od samego początku. Od nich np. zależy, kto trafi do naszej drużyny – Fayris czy Jakom.

Niestety, nie dano nam możliwości zostania „złym charakterem”. Momentami, bez względu na to jaką wersję odpowiedzi wybierzemy, i tak nasz rozmówca przekaże nam informacje, które ma przekazać.

Dużym plusem gry jest spora ilość zadań pobocznych – więcej niż w produkcji z roku 2008. Jest wątek główny, który napędza całą fabułę, są questy ograniczone tylko do lokalizacji, w której przebywamy, ale są również zadania, które realizujemy odwiedzając miejsca powiązane z wątkiem głównym. Niektóre z questów dodatkowych są ukryte i trzeba dobrze eksplorować krainę, by je znaleźć i podjąć. Co ciekawe, niektóre odwiedzane przez nas lokacje, do których zawiedzie nas fabuła, nie wniosą żadnych konkretów do naszego zadania, a jedynie ubarwią całą opowieść.

Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą
Już na starcie widać, że developerzy położyli duży nacisk na grafikę. O ile nie uległa zmianie sama mechanika gry oparta o zasady wspomnianego już papierowego sytemu RPG The Dark Eye, o tyle grafika została poprawiona, dzięki czemu badany przez nas świat wygląda lepiej, bardziej realistycznie, zachowując przy tym swój baśniowy wyraz. Jak w każdym RPG za wykonane zadanie, pokonanego wroga czy udany test jakiejś umiejętności otrzymujemy punkty doświadczenia nazywane tutaj punktami przygody. Pozwalają one na rozwój atrybutów i poszczególnych umiejętności danej postaci. Kierując drużyną czterech śmiałków, mamy wpływ na rozwój każdego z nich. Wymaga to rozważnego wydawania zdobytych punktów, tak, by każdy z członków zespołu uzupełniał zespół o określone umiejętności. Niejeden śmiałek przekonał się, że brak wykwalifikowanego złodziejaszka w starych ruinach może doprowadzić drużynę do zagłady na różnych pułapkach. Z kolei brak uzdrowiciela spowoduje szybkie wykrwawienie się towarzyszy i … konieczność wczytania poprzedniego stanu gry. Oczywiście śmierć członka zespołu, nawet jeśli jest to główny bohater, nie przekreśla szansy na zwycięstwo w potyczce. Dopóki jeden z bohaterów stoi na nogach, dopóty pozostali uznawani są tylko za nieprzytomnych. Jak widać nic się tu nie zmieniło.

Akcja toczy się zarówno w dzień, jak i w nocy. przy zmiennych warunkach pogodowych. Życie podróżnika zmusi nas niejednokrotnie do odwiedzania miast, wiosek, leśnych ostępów, lochów, ruin i innych tego typu miejsc. Zostały one zaprojektowane z dużą dbałością o szczegóły. Oglądając mapę świata, możemy zaobserwować przesuwające się chmury i przelatujące ptaki. Przemierzając lochy, widzimy kurz podnoszący się spod naszych nóg. O takich elementach jak cień nie wspominam, dodam tylko, że ulega on zmianom nawet w przypadku rzucania czarów, którym towarzyszą efekty świetlne. Developerzy nie zapomnieli oczywiście o przerywnikach filmowych, które – doskonale wkomponowane graficznie – wciągają nas w pełen magii świat Drakensanga. Możemy również liczyć na interakcję pomiędzy naszymi kompanami. Co prawda nie jest ona zbyt rozbudowana, jednak dobrze wiedzieć, że od czasu do czasu konwersują ze sobą. Tutaj też nadmienię, że jeśli nie zadbamy o higienę, niektóre osoby nie będą chciały z nami rozmawiać. Warto więc mieć w plecaku mydełko lub pachnące ziółka do kąpieli.

Jedyną wadą jest zbyt bogata flora. O ile w The Dark Eye trzeba się było trochę nabiegać, by zdobyć zioła, z których później warzyliśmy miksturki, o tyle teraz prawie potykamy się o wiroziele, jednojagody czy pozłotkę. Z jednej strony fajnie, że nie musimy wydawać dukatów na stawiające nas na nogi miksturki, z drugiej jednak trochę szkoda, bowiem tracimy część frajdy związanej z poszukiwaniem składników do recept.

Pozostałe elementy związane z popularnie zwanym craftingiem czy bardziej swojsko brzmiącym – rzemiosłem – nie uległy zmianie w porównaniu do pierwszej części gry. Musimy więc znaleźć nauczyciela, który wprowadzi nas w tajniki kowalstwa, zielarstwa, łucznictwa lub alchemii, po czym zakupić lub w inny sposób zdobyć recepty i składniki niezbędne do ich realizacji. Przedmioty będziemy mogli wykonywać tylko korzystając z odpowiednich stanowisk rzemieślniczych, które też możemy nabyć i następnie ustawić na pokładzie naszego statku. Ciekawym pomysłem jest umieszczenie w grze questu Bosparański przepis, który polega na zbieraniu fragmentów recepty na rzadki przedmiot magiczny. Nie trzeba dodawać, że fragmenty te rozrzucone są po całej Aventurii.

Podróżujący po rzece żaglowiec to kolejny ciekawy pomysł, w którym brakuje mi jednak bardziej rozbudowanej lokalizacji. Developerzy udostępnili nam tylko pokład, na którym znajdują się nasi towarzysze, załoga, wspomniane już stanowisko rzemieślnicze (o ile je zakupimy) oraz skrzynka na nasz ekwipunek, którego nie chcemy nosić w plecaku. W ostateczności robi się dość ciasno, a szkoda, bo można było zaprojektować statek z uwzględnieniem pomieszczeń pod pokładem. Niemniej pomysł z zastosowaniem ruchomej bazy wypadowej jest bardzo fajny. Duży ukłon należy się autorom za tzw "skrzynkę gracza", czyli miejsce gdzie możemy przechowywać nadmiar ekwipunku. Dostęp do niego jest możliwy z pokładu naszego statku i określonego miejsca w Nadoret.

Jeśli chodzi o napotkane potwory to spotkamy starych znajomych w postaci pająków, wesz grobowych, wilczych szczurów i temu podobnym kreatur, jak również nowe istoty w rodzaju morfu, śmierdzieli bagiennych, gargulców i – oczywiście – nowych bossów takich jak demony, smoki czy gigantyczne ośmiornice, z którymi przyjdzie nam zmierzyć się w każdej badanej lokacji. Nie zabraknie również wrogów humanoidalnych jak trolle, szkielety czy zwykli bandyci.

Na koniec warto wspomnieć o polskim wydaniu gry. Wydawca, firma Techland, tak jak i w przypadku pierwszej części Drakensanga, przygotował polską, kinową lokalizację, oferując nam gotowy produkt na miesiąc wcześniej, nim otrzyma go reszta świata. Tradycyjnie już polscy fani mogą zaopatrzyć się w bogatą wersję kolekcjonerską, złożoną z wielu gadżetów przydatnych każdemu graczowi RPG.

Mógłbym pisać jeszcze długo, zdradzając nieco więcej na temat napotkanych postaci, odwiedzanych lokacji i innych elementów gry, nie będę jednak psuć zabawy tym, którzy skuszą się na Drakensang: The River of Time. Podsumowując wrażenia z gry, trzeba przyznać, że i tym razem otrzymamy prawdziwe, stare RPG, które dostarczy wielu przyjemnych chwil miłośnikom gatunku. Wciąż nie ma takiego rozmachu jak przytaczane Neverwinter Nights czy Baldur’s Gate, jednak oferuje świetną zabawę, co przy klimatycznej grafice i ciekawej fabule zapewni mu dobre miejsce wśród klasyków gatunku. Pomimo tego, że nie wnosi wielu zmian w porównaniu do poprzedniej części (a może właśnie dzięki temu), z czystym sumieniem mogę polecić ten tytuł graczom poszukującym interesującej gry na długie jesienne wieczory.

Plusy:
+ klimat starych cRPG 
+ wielowątkowa fabuła zapewniająca długie godziny gry
+ duża ilość questów pobocznych
+ długi czas gry 
+ grafika 
+ polskie wydanie
+ możliwość powrotu do wcześniej zbadanych lokalizacji

Minusy:
- mała możliwość modyfikacji bohatera
- wszystkie ścieżki dążą do jednego celu – jedno wspólne zakończenie

Ocena ogólna: 8.5/10

Drakensang: The River of Time

Gatunek gry: cRPG
Wydawca polski: Techland
Data wydania polskiego: 9 wrzesień 2010
Oryginalna strona gry: http://www.drakensang.pl
Języki gry: angielski, polski - napisy
Tryb gry: Single player
Dostępna platforma: PC
Minimalne wymagania sprzętowe:
  • Procesor: Intel Pentium 4 2,8 GHz lub ekwiwalent
  • Pamięć operacyjna: 1 GB RAM (Windows XP), 2 GB RAM (Vista)
  • Karta graficzna: GeForce 6800 GT z 256 MB RAM lub odpowiednik z rodziny Radeon
  • HDD: 7GB wolnego miejsca na dysku
  • Karta muzyczna: karta dźwiękowa kompatybilna z DirectX 9.0c
  • Napęd: DVD-ROM
Sugerowany sprzęt:
  • Procesor: Intel Core 2 Duo E6750 2,66 GHz lub ekwiwalent
  • Pamięć operacyjna: 3 GB RAM
  • Karta graficzna: GeForce 8800 GT z 512 MB RAM lub odpowiednik z rodziny Radeon
  • HDD: 7GB wolnego miejsca na dysku
  • Karta muzyczna: karta dźwiękowa kompatybilna z DirectX 9.0c
  • Napęd: DVD-ROM

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus